Jeśli ktoś jest zainteresowany to przenoszę bloga na : http://forum.vampirediaries.pl/jest-taka-milosc-ktora-nie-umiera-t11216.html
Tam jest czytelniej, bo tu jakoś coś jest źle :/
Moje opowiadanie na forum trochę różni się od tego, kilka rzeczy zostały zmienione.
A więc zapraszam już na IV rozdział właśnie tam. Bajo;*
Jest taka miłość, która nie umiera, choć zakochani od siebie odejdą.
czwartek, 3 stycznia 2013
niedziela, 30 grudnia 2012
Rozdział
III
- Leo?
Co ty tutaj robisz, dlaczego nie jesteś w szkole? - A ty? Tak,
mogłam się tego spodziewać po moim braciszku. Już na samym początku olewa
szkołę.
- Ja źle się poczułam.
- Tak, ja
też.
- Wszystko w porządku? -
Julia mnie zdradziła…
-
Co?! Suka! Jak ona mogła!
Przytuliłam
brata, bo wiedziałam, że właśnie tego teraz potrzebuje. Potrzebuje poczuć, że
jestem przy nim. Leo to chłopak, dla którego najważniejszymi wartościami nie są
pieniądze, dla niego najważniejsza jest, była Julia. Kochał ją, byli razem od
trzech lat. Nawet ja ją lubiłam, choć na początku byłam sceptycznie nastawiona
do ich związku.
- Ej,
poznasz nową, lepszą i fajniejszą. -
Wiem, że łatwo ci to mówić, bo nigdy jej nie lubiłaś… Ale ja ją kochałem i to
nie jest wcale takie proste!
- Jest
proste Leo! Tylko ty nie chcesz tego zauważyć! Jesteś przecież przystojnym
chłopakiem. Zabaw się! Nawet po to, aby Jules zobaczyła co straciła! I weź się
w garść! Jesteś facetem czy zwykłą ciotą?! -
Co tu się dzieje?
Elizabeth.
Tylko jej teraz brakowało…
- Nic! Brat
był ostro wkurzony i wyszedł.
-
Co się stało Lexi?
-
Pamiętasz Julię? Zerwali. Ale nie mów mu, że ci powiedziałam.
- Dobrze. Lexi a co się dzieje z tobą? -
Nie rozumiem…
-
Stałaś się wobec mnie zimna… Nie wiesz, że cię kocham? I twojego brata
też?
Nic nie
odpowiedziałam, tylko patrzyłam moimi zaszklonymi oczyma na… mamę. Miałam
ogromną gulę w gardle, nie mogłam nic powiedzieć.
-
Wiem, że nie jestem i nigdy nie będę dla was prawdziwą matką, nie oznacza, że
musicie mnie tak traktować… Jak powietrze, jak osobę, która jest dla was
największym śmieciem. Chciałam, żebyście mieli prawdziwą rodzinę. Żałujesz, że
was adoptowaliśmy z Josh’em?
Nadal nie potrafiłam nic powiedzieć. El podeszła bliżej i mnie
przytuliła. Pierwszy raz od kiedy skończyłam dwanaście lat. Nie wytrzymałam
rozpłakałam się. To było takie miłe, poczułam się jak za dawnych lat, kiedy to
byliśmy jeszcze z Josh’em, wszyscy razem, kiedy nasza rodzina była prawdziwa,
nierozerwalna. Teraz moje uczucia powróciły. Cieszyłam się, że moja mama…
wróciła.
- Idź coś zjeść, a ja jadę do pracy. Może po drodze spotkam Leo. A tak
poza tym, czemu nie jesteś już w szkole?
- Źle się czułam. Mamo nie patrz tak na mnie! Dobrze, że wcześniej
wróciłam, jakbym nie wróciła nigdy byśmy się nie pogodziły. El
tylko podeszła, pocałowała mnie w czoło i wyszła.
Było już
dosyć późno, postanowiłam położyć się spać. Elizabeth nie wróciła, powiedziała,
że przyjedzie dopiero nad ranem, bo musi załatwić kilka ważnych spraw. Leo nocował u
kolegi, więc zostałam sama. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Zeszłam na dół
sprawdzić kogo licho niesie o tak późnej porze. Kath, Carly, Amy. Co one do
cholery tu robiły?!
-
Cześć, coś się stało?
-
Możemy pogadać?
-
Jasne, o co chodzi?
- Widziałaś tych chłopaków, którzy się nad nami znęcali dzisiaj na
stołówce? Chcemy spytać czy nam pomożesz w razie potrzeby- Kath był na nich
wściekła, to było widać.
- Ej jestem waszą
przyjaciółką i możecie na mnie liczyć, bez względu na to jak bardzo ta gra w
przyszłości będzie nieczysta.
Dziewczyny
przytuliły mnie i spytały czy mogą przenocować, ja się oczywiście zgodziłam,
cieszyłam się, że tak dobrze podchodzą do przyjaźni ze mną. I nagle wszedł mój
brat. Widziałam, że dziewczynom zaparło dech w piersiach, ponieważ musiałam
przyznać, mój brat był nad wyraz przystojny.
- Cześć wam.
Kath
wyrwała się pierwsza do przedstawienia się.
-
Witaj. Jestem Kath.
– Amy. –
Carly .
–
Dziewczyny zostaną na noc, chyba że masz coś przeciwko…
-
Niech zostaną i tak idę spać. Na razie.
– Dobranoc!- oj Kath, Kath… Widocznie już się zakochałaś.
– Lex, a gdzie wasi rodzice.
Ten
moment, ta chwila musiała kiedyś nadejść .
–
Rodzice albo żyją, albo nie, nie wiem gdzie są, co się z nimi stało. Jesteśmy
adoptowani. Jednak rodzice zastępczy rozwiedli się i mieszkamy z Elizabeth.
Jest dobrą kobietą. Kocha nas. A my jesteśmy szczęśliwi na ile to możliwe w takim wypadku.
– O mój Boże! Przepraszam! Nie chciałam… Nie wiedziałam… Wybacz!
Były w szoku, ale z ich oczu można było wyczytać współczucie, a nie
nienawiść. To było pocieszające. –
Nic nie szkodzi i tak bym wam powiedziała,
jesteśmy przecież przyjaciółkami. Prawda?
- Jasne kochana!
Przytuliły mnie i już wiedziałam, że między nami będzie już dobrze. Pozbyłam
się w tej chwili wszystkich zmartwień. Nawet Kath zapomniała na chwilę o
Leonardzie. A właśnie ciekawe jak on się teraz czuje. Dowiem się następnego dnia. Teraz jest już strasznie późno więc pójdę już spać.
sobota, 29 grudnia 2012
ROZDZIAŁ
II
Miną już
cały drugi tydzień od mojego pobytu w nowej szkole. Bardzo mi się tu podobało,
chociaż pierwsze wrażenia było bardzo złe. Teraz wszystko uległo zmianie. Jest
naprawdę wspaniale. Mam już swoją wspaniałą paczkę i nie mówię tu o mojej ‘
elicie’, mówię o nowych prawdziwych przyjaciołach czyli właśnie Kath, Amy,
Carly i ich chłopakach, mianowicie Fin, Kol i przyjacielu Kath, Jack. Nie mam
zielonego pojęcia dlaczego ona z nim nie jest, bardzo pasują do siebie, ale cóż
nie mnie o tym decydować. Mimo, że bardzo lubiłam moje koleżanki, czułam się
dość nietypowo w ich towarzystwie, tylko ja byłam tam, można powiedzieć bez
jako takiej pary.
- Dziewczyno! Ogarnij się i chodź na tę
matematykę!
- Oh! Amy! Myślisz, że tak bardzo mi na tym zależy?! -
Może tobie nie, ale mnie tak! Wiesz, że podobno dostarczono tutaj nowy towar?
-
Nowy towar…? Dziewczyno, Ty masz już Fin’ a! Nie zapominaj o tym!
- Słuchaj, patrząc na przystojnych chłopców wcale go nie zdradzę, poza
tym… Jesteśmy w wolnym związku.
- Ty go wcale nie kochasz…
-
Nic na to nie poradzę.
-
Więc powiedz mi dlaczego z nim jesteś?
- Po prostu nie chcę być sama. Tak trudno to zrozumieć?
- Tak Amy! Jesteś wredna i okropna, przecież Fin to taki dobry chłopak…
- Więc go sobie weź, ja za chwilę obczaję nowych przystojniaków!
-
Amy… Nie chcę twojego chłopaka, ale uważam, że to nie jest fair względem
niego.
- Lexi…
Nie powiesz mu chyba?! -
Nie, bo możesz na mnie liczyć, jesteśmy koleżankami, więc spokojnie. Zaufaj
mi. - Nie Lex! Nie jesteśmy
koleżankami! My jesteśmy przyjaciółkami, kochana!
- Hahaha, no tak
zapomniałam!
- Wybaczcie panie, że paniom przeszkadzam, ale może z łaski swojej
siadłybyście w swoich ławkach do cholery jasnej!!!
-
Tak… Jasne, już siadamy.
To okropne! Cała klasa się
na nas patrzy. Amy chyba jest z tego powodu bardzo zadowolona. Usiadłam w ławce
z całkiem ładnym, ni e przystojnym, ale ładnym chłopakiem o błękitnych oczach i
jasnych włosach. Gdyby jeszcze miał tylko ostrzejsze rysy twarzy inny nos oraz
ciemne włosy byłby idealny!
- Lucas Peters.
– Lexi Arial.
– Miło Cię poznać, Lex… Uśmiechnęłam
się tylko. Nie lubiłam nachalnych ludzi, myślą, że mogą mieć każdą. A ten typ
właśnie szczerzył się do mnie i gapił swoimi morskimi ślepiami. Zdecydowanie
nie!
- Więc przyjechałaś do nas z Anglii? -
Tak, w tej chwili żałuję…
-
Słucham?
-
Tak, dokładnie z Londynu.
Nie
chciałam być nieuprzejma, nigdy taka nie byłam, zmieniło się to dopiero po
rozwodzie El i Josh’a. No cóż, staram być się taka jak dawniej. Czyli typową,
stereotypową blondynką. Stukniętą, wesołą, pogodną, otwartą na nowe znajomości.
Kiedyś nawet lubiłam takie nachalne zachowanie ze strony chłopaków. Ale potem
pojawił się Joe, który był zbyt nachalny… Po tym co się stało, zrobiłam się
trochę inna. Ale tu, zacznę nowe życie, takie jak w Londynie, przed pojawieniem
się Joe’ ego. Więc teraz może też trochę poflirtuję jak za dawnych czasów…
Może, zobaczymy czy Lucas na to zasłuży.
- Hej ziemia do Lexi!
- Wybacz, zamyśliłam się.
- Nic nie szkodzi. Może zjemy razem lunch, lepiej się poznamy… Co ty na
to? -
Wiesz, umówiłam się już z koleżankami, ale one mogą poczekać…
Starałam się
zabrzmieć jak najbardziej figlarnie i chyba mi się to udało, bo tylko pięknie
się uśmiechnął. Cieszę się, że go poznałam, nie wiążę z nim żadnych planów, ale
może być przynajmniej urozmaiceniem na nudne dni. Tak rozmyślając udałam się do
mojej szafki szkolnej po kolejne książki tym razem na informatykę.
Gdy
wyjmowałam książki podbiegły do mnie Carly i Kath.
- Nie
uwierzysz co się stało!
- Co? -
Widziałyśmy Amy… -
Ja też i co w związku z tym?
-
Ona obściskiwała się z jakimś chłopakiem, a co z Fin’em?
-
Ona go wcale nie kocha…
- Skąd to wiesz?!
Mówiła ci?
- Coś wspomniała, mówiła też, że
jest z nim tylko po to, żeby nie być sama. Trochę szkoda mi Fin’ a, ale cóż,
nic na to nie poradzimy…
- Dobra Lex, chodź na
lunch! Nie ma co się akurat teraz wtrącać w sprawy miłosne Amy i Fin’ a.
- Wiecie co… Ja już praktycznie
umówiłam się…
- Z kim?! Mów dziewczyno! -
Z Lucas’em . Nie znacie. Chodzi ze mną i Amy na matmę. Siedzimy razem w jednej ławce
i takie tam… - Jeśli
chcesz, możemy go przyjąć do naszej paczki.
- Wydaje się być miły, ale raczej nie. Dzięki, ale chyba nie jest w moim
typie. Poza tym, idę z nim tylko na lunch!!! - Okej,
idź i nie marudź za bardzo!
-
Jasne Kath! Nigdy nie marudzę.
- Właśnie! Powodzenia mała!
- Carly! Spokojnie, dam sobie radę. Do zobaczenia na angielskim!
Teraz jest w porządku, dopiero potem zacznie się przesłuchanie. Obawiałam
się tego. Jednak chyba najbardziej boję się, że nie zaakceptują tego, że jestem
adoptowana. Boję się też, że Elizabeth będzie za miła i przez to dziewczyny
będą cały czas chciały siedzieć u mnie. A tak nie chcę, wolę się włóczyć po
ludziach i zwiedzać miasto. W weekend wybiorę się na pewno!
- Cześć,
idziemy?
- Lucas! Yyy jasne.- Będziemy przyjaciółmi, chłopak wydaje się w
porządku. I na nic innego liczyć nie może.
- Cieszę się, więc zapraszam. Ja się nie cieszyłam, wolałam spędzić więcej
czasu z koleżankami, żeby bardziej mnie polubiły. Może wtedy łatwiej by
zaakceptowały to, że nie mam prawdziwej rodziny, oprócz starszego braciszka.
- Opowiesz mi o sobie? Nie, nie mam najmniejszej ochoty, żebyś
mnie poznawał. Nie chcę tego! -
Jasne, a co chcesz wiedzieć?- Postanowiłam, że będę miła i flirciarska.
- O swojej rodzinie, bliskich osobach,
przyjaciołach, byłych chłopakach…
- Czemu myślisz, że nie mam teraz chłopaka?- postanowiłam odwrócić uwagę
od rodziny.
- Mam taką nadzieję, że nie masz…
Zignorowałam
to, bo moją uwagę przykuła grupka całkiem przystojnych chłopaków, którzy
wygłupiali się, bili się i upokarzali moje koleżanki, przezywając je, czy
zabierając jabłka i ciasteczka ze stołu. Niektórzy śmiali się inni patrzyli przerażeni, chcąc im
pomóc, ale obawiając się zachowania chłopaków. Nagle mój towarzysz poderwał się
z miejsca i ruszył w stronę buntowników. Było ich pięciu, Lukas i chłopcy
dziewczyn chcieli się z nimi bić, lecz niestety wkroczył nauczyciel i kazał im
siedzieć dzisiaj do późna w kozie szkolnej. Kath była wściekła , widziałam, że
miała ochotę zabić tych palantów. Ale niczego nie mogła zrobić. Ja siedziałam
tępo patrząc w miejsce, w którym przed chwilą rozgrywała się ‘bójka’. Tak
zdecydowanie mogłabym to tak nazwać. Nie wiem czemu, ale strasznie źle się
czułam. Postanowiłam zwolnić się u dyrektora Smith’ a i pojechać do domu.
Zgłosiłam to. Pożegnałam się ze znajomymi, złapałam autobus i pojechałam do
domu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)